Ciekawostki

Lecim na Szczecin - legenda z przymrużeniem oka

Z pewnością obiło Wam się kiedyś o uszy powiedzonko "lecim na Szczecin!". A czy zastanawialiście się choćby przez chwilę, w jakich okolicznościach zostało ono powołane do życia? Otóż za chwilę poznacie historię tego powiedzenia...


Bardzo dawno temu, tak dawno, że nawet historycy o tym nie wiedzą, na miejscu dzisiejszego Szczecina stała sobie malutka osada. Wodzem owej osady był waleczny woj Bronisz. Był on niesamowitym szczęściarzem, gdyż rozumny był, urodziwy, tężyzną fizyczną dorównywał wołu, no a przede wszystkim miał najpiękniejszą, najsprytniejszą i najmądrzejszą Słowiankę za żonę. Była nią Radzimira.

Matka natura była przychylna mieszkańcom malutkiej osady i ci nigdy nie zaznali głodu ani chłodu. Ich pracowitość i szacunek dla otaczającej natury były hojnie wynagradzane - ziemia była żyzna, las obfity w zwierzynę, a rzeka pełna ryb.

Tak to sobie pracowici Słowianie szczęśliwie żyli w malutkiej osadzie. Osada rozrastała się z roku na rok i była coraz bardziej liczna. W końcu stała się grodem...

gródI wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie jeden, malutki szczególik. Gród nie miał nazwy... W sumie, to "jakaś tam nazwa" wcale nie była mieszkańcom do szczęścia potrzebna, bo oni po prostu nazywali od dziada pradziada swe miejsce ojczyste "Naszą Osadą". No ale ponieważ czasy się zmieniały i rozwijał się handel międzywioskowy, Radzimira stwierdziła, że nazwa - wdzięczna i wpadająca w ucho - byłaby bardzo wskazana, gdyż pomogłaby zaistnieć osadzie na targach całej okolicznej krainy. I tak oto, wszyscy mieszkańcy "Naszej Osady" zaczęli się głowić nad "wdzięczną i wpadającą w ucho" nazwą. Mijały dni i tygodnie, ale żaden pomysł nie zyskał większej aprobaty i wkrótce temat nazwy zszedł na dalszy plan.

Aż tu pewnego letniego dnia, gdy jedni mężczyźni pracowali na polach, inni byli na łowach, gdy kobiety zajmowały się wypiekami chleba i kołaczy, warzeniem strawy, gdy robiły pranie i ogólnie zajmowały się swymi gospodarstwami, do "Naszej Osady" przybył utrudzony wędrowiec Świętopełk. Był on niezmiernie wyczerpany, ale ostatkiem sił zdołał jeszcze poprosić, żeby go zaprowadzono przed oblicza Bronisza i Radzimiry, gdyż ma dla nich poufną informację.Gdy tylko znalazł się na miejscu, spojrzał w rozumne i piękne oblicza swych gospodarzy, wyszeptał "gore..." i zemdlał z wyczerpania. Utrudzonego wędrowca zaniesiono do komnaty, ułożono wygodnie na skórach po czym zawołano na pomoc Bożydara - wioskowego szamana, leczącego miejscową ludność z wszelakich dolegliwości za pomocą magicznych eliksirów i maści , sprzedającego ochronne amulety oraz krzewiącego wśród mieszkańców szacunek do Matki Natury. Szaman zjawił się czym prędzej i natychmiast zajął się wyczerpanym Świętopełkiem. Po wykonaniu tajemnego rytuału, namaszczeniu wędrowca maścią z mięty i szałwii, Bożydar nakazał przynieść miodu, mięsiwa i wszelakich owoców dla nakarmienia strudzonego wędrowca, po czym wezwał do komnaty Bronisza i Radzimirę. Świętopełk był już w stanie, który pozwalał mu na rozmowę.

Wieści, które przynosił zmroziły krew w żyłach Bronisza. Oto, barbarzyńskie ludy germańskie zapragnęły zawładnąć urodzajnymi, słowiańskimi ziemiami i rozpoczęły przygotowania do najazdu. Niecne zamiary Germanów miały wejść w życie w pierwszym dniu jesieni. Zwołano Radę 13 Mędrców i poczęto radzić nad najlepszym sposobem odparcia spodziewanego ataku. Woje "Naszej Osady" byli mężni i nieustraszeni i gdyby tylko była potrzeba, roznieśliby Germańskie wojska w pył. Jednak Radzimira - zasiadająca w Radzie 13 Mędrców na honorowym miejscu - miała inny plan. Mając w opiece kobiety i dzieci, nie chciała, aby doszło do jakiegokolwiek rozlewu krwi na terenach jej oddanych. Poprosiła Radę, aby wstrzymała się od decyzji o 4 dni, po czym udała się wraz z Broniszem do komnaty Świętopełka. Zamknęli się tam we trójkę i radzili przez długie, długie godziny. Nikt nie był w stanie dowiedzieć się, co działo się w owej komnacie, gdyż drzwi były zaryglowane, a okna były zasłonięte grubymi skórami.
Gdy już czarna noc spowiła całą ziemię, z "Naszej Osady" wyjechały na trzech czarnych koniach trzy zamaskowane postaci i udały się w kierunku krainy Germanów. Tajemniczy jeźdźcy wrócili bezszelestnie do "Naszej Osady" trzeciej nocy. Czwartego dnia, drzwi od komnaty, w której znajdowali się Radzimira, Bronisz i Świętopełk otworzyły się z hukiem, a wódz, jego małżonka i wędrowiec udali się na zgromadzenie Rady 13 Mędrców.

Radzimira oznajmiła Radzie, że z pomocą męża, Świętopełka i Matki Natury dane było jej odnaleźć sposób na odwleczenie Germanów od ich niecnych zamiarów: "Nasi zwiadowcy, dotarli w szeregi germańskich wojsk i poznali ich militarne tajemnice. Germanie to naród waleczny i dumny. Ludzie tamtejsi wierzą, że każda rzecz na świecie ma swoje miejsce i czczą Ducha Porządku, jako najważniejsze bożyszcze swej krainy. Prowadzą staranne zapisy w kronikach, oraz tworzą dokładne mapy krain, ktore zamierzają podbić. Wymagają od swoich wojów doskonałej znajomości terenu, wszelakich nazw lasów, rzek i osad. I w tymże ich uwielbieniu do znajomości nazw, leży nasza nadzieja. Nasi zwiadowcy odkryli bowiem, że Germanie mają okrutne trudności z naszą słowiańską mową. Określają ją mianem szeleszczącej i nie są w stanie wymówić większości naszych wyrazów, co ich okrutnie złości. Germanie święcie wierzą, że podbiją każdą osadę, gdy tylko ruszą na nią przeklinając jej nazwę.

Co jest zatem naszym zadaniem, Rado 13 Mędrców? Musimy w jak najszybszym czasie wytężyć nasze umysły, aby wymyślić szeleszczącą nazwę dla "Naszej Osady"!" I tak oto Rada 13 Mędrców poczęła wymyślać szeleszczącą nazwę. Zajęło jej to wiele dni i nocy i żaden z proponowanych pomysłów nie został przyjęty... Aż w końcu, Radzimira zerwała się ze swego honorowego miejsca i dumnie krzyknęła: "SZCZECIN!!!". Członkowie rady wypowiedzieli tę nazwę kilkakrotnie między sobą, po czym z komnaty obrad rozległy się triumfalne okrzyki.

Nowa, szeleszcząca nazwa, spodobała się bardzo mieszkańcom "Naszej Osady", która od tamtej pory stała się Szczecinem. Nazwa rozprzestrzeniała się po całej krainie - z targu na targ, z osady do osady - aż dotarła do obozów germańskich. Germanom uszy więdły na sam dźwięk "Szczecina", a wieść głosi, ze nielicznym, którzy odważyli się wypowiedzieć "szeleszczącą nazwę", języki odmówiły posłuszeństwa i skapcaniały. Inne osady słowiańskie, widząc sukces Szczecina poczęły zmieniać swoje nazwy na bardziej szeleszczące. Stąd mamy dziś Świnoujście, Pyrzyce i Myślibórz. Germanie postanowili jednak spróbować swych sił i podeszli pod Szczecin. Stanęli nad rzeką, na której drugim brzegu rozciągał się wspaniały gród - Szczecin. Rozbili swe obozy, ale jakoś nie kwapili się do ataku. Wiara w wypowiadanie przekleństwa zdobywanego grodu na ustach w momencie ataku była zakorzeniona w nich bardzo silnie. Więc obozowali pod Szczecinem wiele, wiele dni.

Aż tu razu pewnego, na wały obronne wspiął się Wszeciech - malutki synek Bronisza i Radzimiry, szkrab bystry i wesolutki, mający przeróżne talenta - w tym też poetyckie. Szkrab zaczął się z Germanów nabijać. Robił to tak rozkosznie, że w krótkim czasie na wałach pojawiali się kolejno nowi Szczecinianie i poczęli dołączać swoje docinki. Germanie byli coraz to bardziej poirytowani, widząc, że wyśmiewa ich cały gród. Miarka się jednak przebrała, gdy malutki Wszeciech krzyknął rezolutnie:
"I co Germany? Lecim na Szczecin?"
Śmiech z setek gardeł rozszedł się po całej okolicy - Szczecinianie byli zachwyceni rezolutnym skwitowaniem sytuacji przez Wszeciecha.

Dni mijały, a Germanie nadal koczowali przy rzece, nie będąc w stanie pozbyć się zabobonnego zwyczaju i nie potrafiąc wymówić szeleszczącej nazwy grodu. Radzimira - będąc kobietą roztropną i miłującą pokój - uprosiła swego męża, aby ten nie wszczynał bitwy. Mówiła: "Poczekajmy trochę mężu. Germanie są zbyt bogobojni, aby porwać się do bitwy, bez ich świętego przekleństwa na ustach. Bądźmy cierpliwi, a oni z czasem zaniechają swych niecnych zamiarów. Musimy być jedynie cierpliwi."

Szczecinianie przestali zwracać uwagę na bezradnych Germanów, koczujących po drugiej stronie rzeki i zajęli się codziennymi obowiązkami. Aby poprawiać sobie samopoczucie, co pewien czas ktoś z nich wychodził na wały i pytał: " I co? Lecim na Szczecin?" A widząc bezradne i poirytowane gęby germańskich wojowników, wybuchał śmiechem.

W końcu Germanom uprzykrzyło się bezczynne koczowanie nad rzeką. Mieli po dziurki w nosie traktowania ich jak idiotów i niedołęgi, więc spakowali manatki i wrócili do swej krainy.

Cała historia z niefortunnym najazdem Germanów na ziemie słowiańskie odeszła w zapomnienie i została przyćmiona innymi, późniejszymi zdarzeniami. Jednak powiedzenie "lecim na Szczecin" przetrwało w słowiańskiej mowie po dziś dzień i zawsze przypomina nam o zaradności naszego słowiańskiego ludu.

Z palca wyssała: Alexandra Bąk

Dodatkowe informacje